Operacja wirus II -Tajne Laboratorium

Zanim zabrałem się do pisania relacji z Operacji Wirus II: Tajne laboratorium, sięgnąłem pamięcią kilka lat wstecz. Rok 2014, czerwiec, pierwsza impreza z cyklu. Wtedy po raz pierwszy doświadczyliśmy pomysłowości Rekina i jego umiejętności manualnych. Pięć bomb, pięć ładunków, Wy tu, my tam i się tłuczemy o to. Było fajnie i dynamicznie. Przybyło więcej ludzi niż zwykle w tamtych czasach, kiedy airsoft powoli umierał na pomorzu. Chłopaki nie przystopowali – miesiąc później odbyła się kolejna edycja, jeszcze bardziej rozbudowana. Dodatkową atrakcją byli… zarażeni. Wiecie, jak to wyglądało wtedy? Uśmiecham się za każdym razem przeglądając stare zdjęcia. Bandaż na nogę czy głowę, jasny fluid i puder na twarz, trochę fioletu i czerwieni. Ot, powstał sobie zarażony, który szwędał się po terenie i zapewniał dodatkowy klimat. Było to jednak za mało, jednak przez brak czasu i masy innych spraw o Wirusie zapomniano. Wrócił w 2016 roku i znowu ludzie wrócili do domów zadowoleni. Prosty scenariusz, masa zabawy i biegania po Kębłowskiej żwirowni. Czegoś jednak brakowało, znowu. Setki wyrwanych włosów, parujące głowy i tona pomysłów. Wtedy na tablicę wskoczyła Operacja Wirus II: Tajne laboratorium (tak, dwie imprezy nazywały się tak samo). Co się zmieniło? To, co miało zapewnić największy klimat – pora rozgrywki. Organizatorzy poświęcili naprawdę dużo czasu, aby ludzie świetnie się bawili, a zarazem poczuli dreszczyk emocji. Postanowiłem wystąpić jako zarażony kolejny raz, ale chciałem czegoś więcej. Poradniki, pomoc innych i wyszło coś innego, lepszego. Sztuczne rany, krew, porwane ciuchy, soczewki – każda pojedyncza rzecz uświadamiała mnie w przekonaniu, że jest moc. Krótko mówiąc – było świetnie, ale znowu nastąpiła przerwa. Wróciliśmy konkretnie w roku 2018, a dokładniej mówiąc w zeszły weekend. Tutaj już jest o czym mówić…

Teraz nie byłem już tylko zarażonym, który przygotował wszystko w domu i przyjechał na gotowe. Tym razem byłem odpowiedzialny za to, aby każdy z naszej gromadki wiedział co robić, zarazem wyglądając fenomenalnie. Setki poradników i filmików, jak to zrobić, żeby był konkret. Codziennie domawiałem kolejne materiały – płynny lateks, farby, fluidy, podkłady. Jeszcze przed imprezą zastanawiałem się ‘co to *** jest?!”, a teraz mógłbym malować zawodowo. Każdy z ekipy organizatorskiej poświęcał wolny czas, żeby Ci, którzy przyjadą mogli się świetnie bawić. Budowanie rekwizytów, przebudowa terenu, przygotowanie laboratorium… Nie jestem w stanie zliczyć, ile godzin musieliśmy poświęcić, aby wyszło jak wyszło. Liczę jednak po cichu, że każdemu się podobało, a jeśli coś było nie tak, jak powinno, to na pewno wyciągniemy wnioski i kolejna edycja będzie jeszcze lepsza.

Nie zbaczając jednak z tematu, bez nostalgii i zbytecznych komentarzy. Po tym, jak w czwartek udało nam się przygotować większość rzeczy na poligonie w Lisewie, telefony nie przestawały brzęczeć. Co jeszcze należy zrobić w sobotę? Dużo, mówiąc krótko. Spotkaliśmy się o poranku i ruszyliśmy busem wypełnionym sztucznymi zwłokami i wszystkim innym, co mogło się przydać. Od pierwszych sekund, kiedy to zaparkowaliśmy przed bunkrem, każdy ochoczo zabrał się do pracy. Tu cięli beczki, tam rozkładali namioty, gdzieś w środku ktoś montował świetlówki, jeszcze inni rozlewali sztuczną krew i zajęli się dekoracjami. Jednym słowem – kosmos. Nie wiem nawet kiedy zegarek pokazał 16:00. Spanikowany zacząłem zbierać ekipę zarażonych i prosiłem, aby pojawili się w charakteryzatorni. Towarzyszyła temu kupa śmiechu pomieszana ze stresem. Zdążymy? Cóż… zdążyliśmy i cieszę się na widok masy pozytywnych komentarzy. Daliśmy z siebie wszystko, począwszy od wyglądu, na zachowaniu kończąc. Nie wiedziałem, co dzieje się za murami bunkra. Czy przybyło dużo ludzi, czy się niecierpliwą, co jest w ogóle grane? Główny organizator, Artur, co jakiś czas wpadał nas odwiedzać i zdawał krótkie, ale treściwe relacje. Było dobrze. Jestem osobą, która uczestniczyła w każdej Operacji Wirus zorganizowanej na pomorzu, więc wiedziałem to i owo. Przekazałem ludziom informacje co należy do naszych zadań i jak mamy je wykonać. Ma być strasznie, po prostu. Niestety zawiedliśmy wielu wojaków, którzy chcieli wykorzystać informacje z poprzednich edycji. Przybyli ze świadomością, że wiedzą jak z zarażonymi się obchodzić. Kiedy jednak nastała ciemność i wyszliśmy szukać świeżego mięsa, ich miny zrzedły. Razem z Rekinem pełniliśmy rolę przywódców stada. Ja miałem swoją gromadkę, on swoją. Mówiąc prościej, byliśmy lepszymi eksperymentami dr. Hansena (to ten miły pan, który wisiał przy magazynie próbek). Ewoluowaliśmy. Dysponowaliśmy namiastką pomysłowości i inteligencji. Nie reagowaliśmy na błyski świateł i krzyki. Co innego nasze małe owieczki… Ich można było przechytrzyć. Wtedy wkraczaliśmy ze swoim rykiem, który mówił “nie, wróćcie do mnie, idziemy dalej”. Prawdopodobnie wielu z Was to zauważyło i cieszyłem się naszym wynikiem zarażania. Prawdę mówiąc nie wiem, co mógłbym tu więcej napisać. Oczom nie wierzyłem, jaki stworzyliśmy klimat – dźwięk syreny, zaśnieżony telewizor, zakrwawiona biel, migająca świetlówka, biuro Hansena pełne dokumentacji i próbek, no po prostu miód malina.

Pomijając jednak samouwielbienie, warto wspomnieć o kimś innym, czyli Natowcach i Kongowcach. To oni prowadzili zaciekły bój poza terenem laboratorium, zanim zostało otwarte. Układ w ich stronę za to, że przygotowali się odpowiednio. Nie trzeba było nikogo oznaczać za brak stylizacji, co mobilizuje do dalszej pracy. Celem każdej z grup było zebranie próbek wirusa i umieszczenie ich w specjalnych pojemnikach. NATO miało dwie swoje, Kongo swoje. Często wychodzimy z założenia, że im prościej, tym lepiej. Tutaj górą byli Ci drudzy, zebrali 15 punktów, zaś NATO zaledwie 2.  Dodatkowe zadania pojawiały się w trakcie. Głównym z nich było otwarcie nieszczęsnego laboratorium, co udało się stronie Konga. W tym samym czasie drugie wejście stanęło otworem i obie strony natknęły się na siebie w środku. Krótka wymiana ognia i wyjście zarażonych. Klimat, klimat i jeszcze raz klimat! Z drugim zadaniem było już gorzej. Należało zlokalizować dwie ważne osobistości – dr. Hansena i dr. Revelsa – i odnaleźć ważne płyty z danymi. Kongo po raz kolejny górą mimo tego, iż zadanie było trudniejsze. Otóż dr. Revels chował się w stercie trupów, a jedyną podpowiedzią były podpisane worki (tak, każdy worek był podpisany). Płyta była podklejona po drugiej stronie. Informacja dla NATO – u dyndającego Hansena wystarczyło rozpiąć kombinezon. Płyta wystawała z koszuli. Liczę, że następnym razem będzie lepiej – być może za bardzo ją schowaliśmy, nie wiem. Nie jestem w stanie jednogłośnie ogłosić werdyktu, bo nie o to tu chodzi. Liczy się dobra zabawa, a wykonywania zadań jest jedynie miłym dodatkiem zapewniającym satysfakcję.

Od siebie chciałbym na końcu złożyć kilka podziękowań. Na starcie miłym paniom z YouTube’a, dzięki którym poznałem tajniki makijażu. Dzięki Wam spędziłem wiele godzin przed lustrem, aby później próbować samemu na twarzach innych ludzi. Oczywiście ukłon w stronę Artura, że wciąż ma chęci do pracy i działa aktywnie dalej. Grzesiowi, że z każdą imprezą zaskakuje nowymi rekwizytami i toną pomysłów. Gunartowi, za bycie zarażonym psycholem. Ostiemu za masę pracy, jaką wykonał na terenie i jako zarażony. Nie ostatniej, jednak bardzo ważnej Ilonie, która ze mną ramię w ramię nakładała kolejne warstwy lateksu i farby. Aparatce za wytrwałość w bieganiu po ciemku i trzaskaniu świetnych zdjęć. Obecnym na imprezie członkom ekipy 10th Shadows, których nie wymieniłem – poświęciliście się tak samo, jak Ci wyżej i za to wielkie brawa. Militarnym Gniewino, za udostępnienie terenu. Cytadeli ASG oraz Combat ID za sponsoring. No i każdemu z obecnych na imprezie – właśnie dzięki braku ‘spin’ i miłej atmosferze aż chce się robić dalej i więcej!

ps. Koniecznie polubcie fb Anki, link na dole! 😉

Zdjęcia: Combat Foto A.G.
Galeria: [ KLIK ]